|
|
|
|
|
Borderline
Rozdział IX (ostatni)
164
Pod dom Sebastiana Bramsa zajechało ciemnografitowe Volvo. Strażnicy otworzyli bramę w wysokim murze i samochód wtoczył się na wysypany kamykami podjazd. Wysiadł z niego doktor Klaus, który z widocznym pośpiechem wszedł po schodach i zadzwonił do drzwi. Po chwili znalazł się w obszernym, widnym salonie, gdzie na fotelu, przed wygasłym kominkiem siedział gospodarz. Przywitali się w milczeniu.
-Co z nim?! - zapytał Klaus. - Mogę go zobaczyć?
-Możesz, ale to bez sensu. Śpi teraz po operacji. Lepiej mu nie przeszkadzajmy.
-Aha... - Klaus pokiwał głową. - Masz rację.
Usiadł na ogromnej sofie. Zapalili cygara.
-Napijesz się czegoś? - Brams wskazał na zastawiony butelkami barek w rogu pokoju. - Mój kierowca cię odwiezie, albo prześpisz się tutaj.
-Myślałem, że mnie wezwałeś... Że mam mu wyjmować tę kulę.
-Nie mogłem tyle czekać. Niedaleko jest prywatna klinika, z której ściągnąłem dwóch lekarzy. Mamy tu cały sprzęt, więc nie było problemu. Pocisk zatrzymał się na żebrach.
-Całe szczęście - Klaus ukrył na moment twarz w dłoniach. - Daj mi wódkę z lodem i sokiem jabłkowym...
-Dobrze nam zrobi parę szklanek. Jeszcze się trzęsę po tym wszystkim.
-Ja też - Klaus położył głowę na miękkim oparciu. - Jestem bardzo zmęczony.
165
Bezmir leżał w pokoju obok. Lekka kołdra zsunęła się z jego ciała i odsłoniła opasujące je bandaże. Czuwająca przy nim pielęgniarka podeszła do łóżka, poprawiła pościel i wytarła mu chustką spocone czoło. Przez chwilę patrzyła, jak bezgłośnie porusza ustami. Potem wróciła na swoje miejsce i sięgnęła po przerwaną lekturę. Ciszę zakłócał tylko szelest przekładanych kartek.
Dziewczyna zaczęła myśleć o tym, że los uśmiechnął się do niej. Kiedy likwidowano szpital psychiatryczny, w którym pracowała, lekarka, którą znał jej ojciec, poleciła ją Bramsowi. Na początku bała się tego domu i zamieszkujących go ludzi, ale z czasem przywykła, a nawet polubiła swoją pracę. Dostawała zresztą wysoką pensję, w zamian za co była dyspozycyjna i zachowywała milczenie. Nie musiała wysłuchiwać skarg, czy znosić zaczepek pacjentów.
Czasem przypominała sobie tych ludzi, dla których palenie papierosów, karty, warcaby i obnażanie się stanowiły jedyny sposób na zabicie nudy. Snuli się po korytarzach i salach, prowadząc ze sobą rozmowy, będące raczej wiązka monologów, niż wymianą myśli. Czasem wpadali w szał lub podniecenie i wyrzucali z siebie potoki przekleństw, których nigdzie, poza takim miejscem, nie da się usłyszeć.
Nie rozumiała dokładnie ich choroby i miała wrażenie, że lekarze także jej nie rozumieją. Czuła jedynie, że w ludziach tych jest znacznie więcej strachu, niż w niej samej. Nawet wtedy, gdy robili jej nieprzyzwoite propozycje.
Niektórzy próbowali coś przekazać. Starali się chociaż na chwilę wpuścić ją do swojego świata.
-Nie mogę zjeść kremu, ponieważ nie mam żołądka - tłumaczył Remek, którego ciągle podłączali do kroplówki.
-Niech pani nie podchodzi do drzwi. Tam są potwory - przestrzegał ją Lubac. - Kiedy zasypiam, oni przychodzą i wyciągają mi szczypcami kręgosłup. Dlatego nie będę więcej spał!!!
Pamiętała dobrze, jak uparcie odmawiał przyjęcia leków nasennych i zawsze próbował je wypluć. Za to Herman brał je bardzo chętnie i ciągle prosił ją o więcej.
-Pani Ivo, niech mnie pani już otruje. Pani mnie nie kocha, a ja stale o pani myślę. Myślę nawet kiedy śpię. Nawet wtedy...
Teraz patrzyła na leżącego na łóżku rannego mężczyznę i miała nadzieję, że, kiedy się obudzi, będzie cieszył się, że ktoś jest przy nim. I że nie będzie się bał. Że ze strachu nie zapomni najprostszych wyrazów.
166
-To prawie cud, że udało ci się sprowadzić go tutaj - powiedział Klaus.
-To prawda. Jedno przeoczone wezwanie i mogliśmy go stracić - pauza. - Nadal nie pojmuję wszystkiego z tego, co się stało w Marii Magdalenie. Na pewno byli tam jeszcze inni policjanci, na pewno chodziło o ślub, który się tam odbył i z jakiegoś powodu doszło do wymiany ognia. Chłopcy, którzy słuchają kanałów policji, przechwycili komunikat, że gliniarze jadą z ciężko rannym do szpitala i że postrzelony porucznik Prowe jest w kościele i potrzebuje pomocy medycznej. Nasz samochód ledwie zdążył przed pogotowiem.
-Na pewno już go szukają.
-Wiem, dlatego trzeba obmyślić jakiś dobry plan działania - Brams upił trochę ze swojej szklanki. - Przynajmniej dopóki nie odzyska sił.
-Tak. Wtedy sam będzie podejmował decyzje, a my wreszcie odpoczniemy, Sebastianie.
Brams pokiwał przecząco głową.
-Nie sądzę. Zobaczysz, że to dopiero początek drogi - spojrzał na drzwi, za którymi znajdował się Prowe. - Muszę zapewnić mu ochronę. Każdy skurwiel na tym świecie będzie próbował go znaleźć.
Rozległo się pukanie i do salonu wkroczył szczupły, krótko ostrzyżony mężczyzna. Zatrzymał się przy fotelu Bramsa i powiedział mu coś na ucho.
-Możesz - odpowiedział Brams.
-Dwie rzeczy - zameldował. - Policjanci, którzy byli z naszym gościem, to Vangelis i Senn, jego bliscy współpracownicy. Postrzelony ciężko w strzelaninie został jego brat, Weles. Wszyscy trzej jechali do szpitala miejskiego przy Długiej. Z powodu awarii samochodu, przesiedli się w pobliżu domu Vangelisa do innego auta. Nikt nie wie dokładnie, co się stało, ale po uruchomieniu silnika nastąpiła eksplozja i pojazd zapalił się. Zginęli w płomieniach, zanim podjęto akcję ratunkową.
Na chwilę zapadła cisza.
-Druga sprawa dotyczy Ivy. Jej matka dzwoni z jakąś wiadomością. Czy mam poprosić ją do telefonu?
-Daj jej trzy minuty i ma wracać do pacjenta. Dziękuję, Rolf - głos Bramsa załamał się. - Możesz iść...
167
Kapitan Novis od piętnastu minut nie spuszczał wzroku ze spalonego Peugeota. Siedział w nieoznakowanym samochodzie, w towarzystwie Iwana Sawica oraz swojego kierowcy. Obserwował, jak strażacy dogaszają tlący się wrak, jak policjanci niosą zwęglone ciała, zamykają je w błyszczących pokrowcach i pakują do karetek. Żaden z towarzyszących mu ludzi nie potrafił przerwać jego milczenia.
Novis poruszył ustami, mieląc w nich jakieś straszne przekleństwo i odwrócił się w stronę Sawica.
-Przepracowałem w tym gównie ponad dwadzieścia lat i nie widziałem jeszcze takiego bezsensownego skurwysyństwa - powiedział swoim spokojnym, zachrypniętym głosem. - Iwan, znajdziesz tego dżentelmena, który podłożył ładunek i nie chcę słyszeć, że przeżył aresztowanie. Jasne?
Sawic otarł pot z czoła i przełknął ślinę.
-Zdaje pan sobie sprawę, że to może być nasz człowiek?
-To już nie jest człowiek - wycharczał. - To zwykłe ścierwo. I sprowadź mi Weta. Ma wyjść warunkowo i zająć się szukaniem Prowego.
-To będzie trudne...
Novis spojrzał przed siebie i uśmiechnął się.
-Życie bez jaj jest trudniejsze. Dlatego postaraj się, kurwa twoja mać!
168
Prowe upadł na plecy. Jego głowa prawie dotykała kamiennego słupka poręczy. Jego stopy znajdowały się o metr i siedemdziesiąt centymetrów dalej. Jego ręce rozrzucone były szeroko, jakby próbował coś objąć.
Dawid patrzył na ciała leżące na podłodze i czuł, jak skurcz mięśni wykrzywia mu twarz. Potem wyjął z kieszeni kilka tabletek i połknął je bez popijania. Zrobiło się znacznie gorzej, bo stanęły w gardle. Napęczniały.
-Nic mu nie będzie - powiedział Mart, chowając broń do kabury. - Musiałem to zrobić.
-Porozmawiamy później - powiedział Dawid.
-Podjedź pod boczne wejście, z prawej strony. I wezwij pogotowie do Bezmira.
-Sam go zniesiesz? - Dawid wskazał na Welesa. - Nie dasz rady.
Mart splunął przed siebie.
-Czekaj na dole.
-Jak chcesz...
Zebrał leżącą broń i zbiegł po krętych schodach, dotykając co trzeciego stopnia, przy każdym kroku ryzykując upadek. Przeciął przedsionek kościoła, a potem popędził w kierunku plebanii. W biegu wyciągnął telefon i wywołał centralę Komendy.
-Mówi sierżant Dawid Senn 46554. W Kościele Marii Magdaleny doszło do strzelaniny... - potknął się o kamień. - Cholera! Ranny cywil i policjant. Cywil ciężko ranny, wiozę go z Martem Vangelisem do szpitala. Przysłać karetkę po porucznika Prowe, jest na balkonie, nad głównym wejściem.
(...)
-Sytuacja opanowana. Nie mam czasu na gadanie. Przyślij karetkę człowieku!
(...)
-Bez odbioru.
Zapadła cisza.
Mart pochylił się nad Bezmirem. Poczuł ulgę, gdy usłyszał jego równy oddech. Rana nie krwawiła mocno i nie było czasu, żeby ją opatrzyć. Przekręcił porucznika na bok, co powinno zapobiec zakrztuszeniu.
Potem odwrócił się, objął Welesa pod pachami i pociągnął w kierunku schodów. Ciało nieprzytomnego mężczyzny było potwornie ciężkie. Co kilka kroków wysuwało się z uścisku. Mart dyszał astmatycznie, gdy w zwolnionym tempie zaczęli ześlizgiwać się ze schodów. Pot zalewał mu twarz, a bawełniana koszula i kurtka przykleiły się do pleców. Nie zatrzymywał się jednak nawet wtedy, gdy uderzył kolanem o jeden ze stopni.
Przy drzwiach czekał już na niego Dawid. Wśród stojących w pobliżu ludzi powstało zamieszanie.
-Co się dzieje?
-On jest cały we krwi! - krzyknął ktoś i osunął się na klęcznik.
Policjanci przypięli odznaki.
-Proszę zrobić przejście - sapał zmęczony Mart.
Dawid przewiesił Welesa przez ramię i ruszył w kierunku samochodu. Ułożyli go z tyłu, drzwi trzasnęły. Zawyła syrena.
169
-Cześć, Ivuniu, mówi mama. Przepraszam, że ci przeszkadzam... Dzwoniłam już dzisiaj do ciebie.
(...)
-Wiem, że jesteś zajęta. Ale jest tu wujek Jory, który chciał powiedzieć ci coś ważnego. Porozmawiaj z nim chwilę. Pa!
-Witaj, Ivo! Chciałbym cię zaprosić dzisiaj na kolację. Chyba mam dla ciebie niezłą propozycję stażu.
(...)
-No... Nie możesz mi odmówić! Rozumiem, że jesteś potrzebna, ale chyba mają kogoś na zastępstwo. A w ogóle, co się dzieje? Ktoś umiera?!
(...)
-Wiem, że nie możesz nic mówić, ale chyba mi ufasz, nie?
(...)
-Aha... No tak...
(...)
-Dobra, nie będę przedłużał. W takim razie spotkamy się jutro. Tylko nie odmawiaj! I chcę ci powiedzieć, że masz usprawiedliwioną nieobecność. To, co powiedziałaś, całkowicie mi wystarczy.
(...)
-Nie, nie gniewam się. Wręcz przeciwnie. Do zobaczenia!
170
Weles żył jeszcze, kiedy zaczęło szarpać samochodem. Wydał z siebie krótki odgłos, podobny do westchnienia. Dawid zauważył to, podobnie jak kłopoty Marta z prowadzeniem Citroena. Zaczęły się już na drugim kilometrze obwodnicy, po przejechaniu głębokiej kałuży pod wiaduktem.
Gdyby istniało jakieś "później", przeklinaliby na pewno swoją lekkomyślność. Mogli wezwać najbliższy patrolowiec. Mogli wziąć wóz któregoś z gości. Złapać taksówkę, hulajnogę, cokolwiek. Mogli nie zgodzić się na prośbę Bezmira.
-Wytrzymaj - rzucił Mart w kierunku Welesa. - Przesiądziemy się i zaraz będziemy na miejscu.
Dawid uśmiechnął się do siebie i nieobecnym wzrokiem przewiercał jakiś przełącznik na desce.
Zjechali z obwodnicy i znaleźli się na ulicy Basków. Samochód skakał do przodu, to znowu tracił siły i wydawało się, że nie dadzą rady dobrnąć do domu Vangelisa. Silnik przestał pracować kilkadziesiąt metrów przed miejscem postoju Peugeota, ale auto potoczyło się siłą rozpędu i zabrakło im zaledwie pięciu metrów. Udało się...
Słońce przebiło szare zwały chmur i na mokrej jezdni pojawiły się oślepiające refleksy. Starsze małżeństwo przystanęło na chodniku, żeby popatrzeć na dziwną krzątaninę dwóch mężczyzn. Mrużyli przy tym oczy i marszczyli brwi.
Mart otworzył tylne drzwi Peugeota i pomógł Dawidowi wyciągnąć rannego. Cała tapicerka była poplamiona krwią. Weles nie mógł przeżyć tylu kul. Nie można go było uratować. Wiedzieli to.
-Żyje? - zapytał Dawid.
-Chyba tak... - Mart kopnął zamykające się drzwi. - Dawaj go. Dobra. Teraz pociągnij z drugiej strony.
Z ust Welesa wypłynęło kilka strużek krwi. Z trudem umieścili go w drugim aucie.
-Zamknę Citroena.
-Pierdol go, Dawid! Wsiadaj.
Dawid obiegł Citroena dookoła i zatrzasnął wszystkie drzwi. Nacisnął przycisk pilota, a potem usiadł obok Marta za kierownicą samochodu. Włożył kluczyk do stacyjki.
Przekręcił.
171
Iva wróciła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Starała się zrobić przy tym jak najmniej hałasu, aby nie przeszkadzać rannemu mężczyźnie. Zajęła swoje miejsce, ale nie mogła skupić się na czytanej książce. Podeszła do okna, by spojrzeć na ogród.
Kiedy się odwróciła, Prowe patrzył na nią szeroko otwartymi oczami. Jej ciało otoczył nieokreślony chłód, ale uśmiechnęła się profesjonalnie, przestawił krzesło i usiadła przy łóżku.
-Jak się pan czuje? - zapytała.
-Nie boję się - powiedział bezbarwnym, metalicznym głosem
Znowu poczuła zimny przeciąg, przesuwający się po karku i plecach. Odruchowo odsunęła się odrobinę od tego człowieka.
-Pytałam o pana samopoczucie.
-Moje samopoczucie... nie jest bardzo złe... Niewiele czuję - spojrzał jej w oczy. - Dziś rano straciłem brata i dwóch najlepszych przyjaciół. Może chciałbym odebrać sobie życie, ale ono... dobiegło końca samo.
Iva poderwała się do góry. Instynktownie wyczuwała, że Prowe mówi poważnie i że może mieć rację.
-Rana nie jest groźna. Dlaczego myśli pan o śmierci?
-Myślę o życiu. Jeśli możesz nie wychodź i nie wołaj nikogo. Chciałbym rozmawiać właśnie z tobą.
-Dlaczego ze mną?
Zmierzała powoli w stronę wyjścia. Cały czas patrzyła mu w oczy, ale dystans między nimi powiększał się i wzrok musiał przemierzać teraz prawie cały pokój.
-Myślę, że zrozumiesz to, co chcę ci przekazać. I nie zniekształcisz tych słów.
-Muszę zawiadomić pana Bramsa. To mój obowiązek.
Prowe opadł na poduszkę.
-Musi pan to zrozumieć... - powiedziała pojednawczo.
-Rozumiem - powoli przymknął oczy.
Iva nacisnęła klamkę i na moment zniknęła w drugim pokoju.
172
Bramsa nie było w salonie. Oddalił się gdzieś, aby, jak to ujął, nadać sprawom bieg. Doktor Klaus stał przy delikatnie podświetlonym akwarium i obserwował rybki, unoszące się na tle sztucznej skały. Obok, na stoliku czekał nie dopity drink.
-Panie doktorze...
Klaus zamrugał oczami i gwałtownie odwrócił się w kierunku dziewczyny.
-Tak, słucham?
-Pacjent odzyskał przytomność. Rozmawiał ze mną, więc chciałam...
Zaczął iść w jej kierunku, pocierając palcami pomarszczone czoło.
-Rozmawiał? Tak szybko? - pokręcił głową. - Niech pani sprowadzi Sebastiana. Proszę się pospieszyć, to może być ważne.
Wyminął ją w progu i podszedł do łóżka Bezmira.
-Miro, słyszysz mnie? - dotknął jego ramienia. - Jeśli mnie słyszysz, daj jakiś znak albo otwórz oczy. Miro...
Prowe leżał jednak nieruchomo. Jego oddech był miarowy, chociaż dosyć płytki i gęsty. Czoło i ręce miał chłodne, trochę wilgotne. Klaus wyciągnął z kieszeni małą latarkę i podniósł powiekę rannego. Właśnie tego się spodziewał.
Wrócił do salonu, gdzie po chwili zjawił się Brams w towarzystwie pielęgniarki.
-I jak? - zapytał. - Iva mówiła...
-Jest nieprzytomny - Klaus opadł na fotel. - Prawdopodobnie nie ocknął się nawet na chwilę. Możliwe, że samą obecnością wpłynął na jej umysł. Wiesz, o czym mówię.
Brams westchnął i objął Ivę ramieniem. Usiedli razem naprzeciwko doktora.
-Powiedz nam szybko, co się stało, a potem wracaj do niego - powiedział Brams. - Z jakiegoś powodu chce być tylko z tobą. Tak sądzę.
Klaus wpatrywał się w otwarte drzwi i milczał.
173
Świat autystyczny jest tworem indywidualnym, nie przystającym nie tylko do świata rzeczywistego, ale również do wewnętrznych, autystycznych światów innych schizofreników. Wypełniony jest strukturami autystycznymi, zorganizowanymi, połączonymi ciągami kojarzeń i ciągów informacji. Struktury te są czasem uporządkowane niezwykle sztywno, czasem w sposób chaotyczny, ale zawsze nie do końca z zewnątrz zrozumiały, w autystyczne odpowiedniki struktur poznawczych (...)
Tak, było mi szkoda Ivy, która czekała na jego słowa, pełna nadziei, strachu i poczucia winy, że nie posłuchała, że wszystko zniszczyła przez swoją upartość i brak zrozumienia. Że, być może, spotka ją za to zasłużona kara. I że nie nadaje się do tego, co robi, ponieważ jest zła.
Oczy zachodziły jej mgłą, a litery rozpadały się na drobne kawałki. Zanim znowu uporządkowała je w linijkę, niektóre już ześlizgnęły po kartach książki i bezpowrotnie upadły na podłogę. Dopiero wtedy, po raz pierwszy nabrała głęboko powietrza do płuc i dotarł do niej ledwie wyczuwalny, ale mdlący i drażniący nozdrza zapach matni.
Jest to ciemność, w której porusza się martwe oko, trącając niekiedy biegnące tędy żyłki krwi.
Można pokusić się o przedstawienie częściej spotykanych struktur autystycznych. Należą do nich:
-urojenia i systemy urojeń,
-osobliwe plany i koncepcje działania,
-osobliwe poglądy etyczne, nakazy, zakazy i ograniczenia,
-systemy mistyczne i magiczne, obce kulturze, w której żyje pacjent, stworzone lub przetworzone przez niego,
-koncepcje pseudonaukowe i pseudofilozoficzne nie poddawane sprawdzeniu doświadczalnemu,
-powiązane grupy symboli, znaków, zachowań obdarzonych przez pacjenta indywidualnym znaczeniem,
-rozbudowa świata "wewnętrznego" - myśli, planów, fantazji, wyobrażeń o sobie i innych - kosztem aktywności nacechowanej na rozpoznanie i zmienianie rzeczywistości.
174
Wtedy zrozumiałem. Poczułem, jak wszystko co widzialne i niewidzialne zaczyna wirować dookoła mnie. Na niebie i ziemi pojawiły się pęknięcia. Bałem się wystawić świat na próbę, ale nie miałem wyjścia. Poruszał mną przymus, który nagle zastąpił przypisywane mi niesłusznie opanowanie i dystans.
Musiałem wiedzieć bez cienia wątpliwości. Szukałem w pamięci wszystkich faktów, które mogłem pominąć albo zniekształcić pod wpływem innego umysłu. Skoncentrowałem się tak mocno, że aż na chwilę otoczyła mnie ciemność.
Stanąłem przy jego łóżku i popatrzyłem na sączącą się wolno kroplówkę, małe porcje życia. Kap, kap, kap, kap...
Bezmir otworzył oczy. Wzrokiem wskazał Ivę, która drzemała na krześle, trzymając w dłoniach grubą książkę.
-Nie obudź jej - powiedział.
-Nie ma obawy. Przyszedłem tylko do ciebie.
Próbował unieść się na łokciu, ale to nie mogło się udać. Był nieprzytomny i nie panował nad swoim ciałem, jak kiedyś.
-Czy to już? - zapytał z trudem.
-Tak, już jesteś sam. Martwe oko przenika przez obraz.
175
Widzę Karen, siedzącą w wytartym fotelu, na korytarzu Ośrodka dla Uzależnionych. Pali papierosa i przygląda się ludziom idącym po schodach. Wspinam się ze swoją ciężką torbą, mokry z wysiłku i ze strachu. Wyglądam na pewno koszmarnie. Czerwona twarz, przepocone ubranie. A ona wygląda jak anioł. Czeka na mnie, chociaż oboje jeszcze o tym nie wiemy. Po raz pierwszy patrzymy na siebie. Myślę, jak to dobrze, że w tym ośrodku mieszkają takie ładne dziewczyny.
Weles patrzy na mnie i na ludzi w barze nieprzytomnym wzrokiem. "To wspaniała dziewczyna" - mówi. - "Ma na imię Joana. Tak ją kocham, aż mi jest niedobrze." Śmieję się z niego. Pytam, jaka jest, gdzie ją poznał. "Powiedziała, że pokazałem jej inny świat. Nigdy nie czułem czegoś takiego, nigdy nie czułem, żeby ktoś tak mnie rozumiał." Nic dziwnego. Niełatwo zrozumieć Welesa. Coś o tym, niestety, wiem.
Mam siedemnaście lat i świętuję z kolegami zakończenie roku szkolnego. Ciepła noc, zapuszczony ośrodek nad jeziorem. Wet pełza na czworakach po trawie i szczeka. Potem biegniemy zygzakiem wśród drzew, aż do wody i wejścia na pomost. Mart sika do jeziora przy zamkniętej budce ratownika, chwieje się i wpada dokładnie tam, gdzie nasikał. Wet, Dawid i ja leżymy na pomoście i wymiotujemy po wódce. Jesteśmy najszczęśliwszymi chłopakami na świecie.
Pierwszy raz całuję się z dziewczyną. Ma na imię Issa i jest ode mnie młodsza, ale bardziej doświadczona. Kiedy dotykam jej języka, zaczyna kręcić mi się w głowie.
Zimą w podstawówce chodzimy z chłopakami na Śnieżkę. Śnieżka to skarpa w pobliżu rzeki Estery. Wtedy wydawała nam się wielką górą. Oczywiście skarpa, a nie rzeka. Bierzemy ze sobą sanki i zjeżdżamy po ubitym śniegu. Ja nie mam sanek, więc podkładam pod siedzenie folię i lecę w dół z głośnym okrzykiem. Obok mnie zjeżdża Daniel na kawałku pogniecionej, cynkowej wanny. Tak się rozpędza, że prawie wpada do rzeki.
Zabawa plastikowymi żołnierzami wypełnia mi dużo czasu po lekcjach. Siedzę na podłodze w dużym pokoju i prowadzę wojenne działania na ogromną skalę. Jedna armia broni barykady zbudowanej z książek, pudełek i paska od szlafroka, a druga próbuje ją zdobyć. Babcia mówi, że przeziębię sobie kolana, ale jej nie słucham.
Ścigamy się z Welesem na trawiastej ścieżce, prowadzącej od ulicy do bramy podwórka. Weles jest młodszy, więc zostaje z tyłu, ale tuz przed metą potykam się o dołek, wykopany przez psa sąsiadów i przewracam się. Ścieram sobie kolano i płaczę, kiedy matka obmywa je spirytusem. Potem idę spać.
Dziadek trzyma mnie na rękach, a ja jeszcze nie potrafię mówić. Butelka ze smoczkiem stoi w innym miejscu niż zazwyczaj. Stoi po lewej stronie zlewu, a nie po prawej, gdzie zawsze chłodzi się w małej misce. Pokazuję ją palcem i wydaję z siebie niezrozumiałe dźwięki. Dziadek chyba domyśla się, o co chodzi... Moje pierwsze wspomnienie.
176
Przesunąłem dłonią po jego twarzy i zamknąłem oczy, wpatrzone nieruchomo w biel sufitu. Cisza wypełniła pokój tak szczelnie, że trudno było w nim oddychać.
Będzie mi brakowało tego szalonego chłopaka, któremu wydawało się, że jest policjantem i prorokiem. Przez jakiś czas będę czuł się samotny i niepotrzebny, ale to minie. Tego jestem pewien. W końcu nie znaliśmy się tak długo...
Gruby tom "Psychiatrii klinicznej" zsunął się z kolan Ivy i z hukiem uderzył o podłogę. Poderwała się przestraszona i odruchowo podbiegła do Bezmira. Sprawdziła wskazania przyrządów. Były w normie, więc uspokoiła się i zapaliła lampkę. Właśnie zaczęło się zmierzchać. Przyrządy kłamią, ponieważ taka jest ich natura.
177
Słońce zaszło około godziny szóstej. Kłębiące się na niebie chmury sprawiły, że noc zapadła szybko i zalała ziemię. Zaczął padać gęsty, czarny śnieg.
Agent Ronstein stał w mroku i przyglądał się ogrodzeniu przez lornetkę działającą na podczerwień. Żadna lampa nie oświetlała posesji Bramsa. Detektory ruchu wychwyciły tylko pojedynczy obiekt, prawdopodobnie jakieś zwierzę, biegnące przez ogród. Wiatr hałasował, przeciskając się przez konary drzew.
Wzdłuż ogrodzenia przemykały ciemne sylwetki. Trzy Oddziały Specjalne otoczyły willę. Czwarty czekał na znak, przyczajony za rogiem ulicy. Komandosi mieli sforsować bramę i pokonać ewentualny opór. Kilka nieoznakowanych furgonetek parkowało w cieniu, w głębi ulicy.
Obok Ronsteina stanął Felse. Wziął od niego lornetkę, patrzył przez chwilę, po czym zwrócił ją swojemu partnerowi.
-Nic - powiedział Ronstein.
-Która godzina?
-20.39.
-Jeśli tak to wygląda prawie od godziny, nie ma na co czekać - agent Felse wypluł ze złością pogryzioną zapałkę.
Właśnie wtedy kilkadziesiąt metrów dalej zatrzymał się duży, ciemny samochód. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn, ubranych podobnie, w płaszcze sięgające do kolan. Zaczęli iść przed siebie, jakby wahając się, który kierunek obrać.
Gdy znaleźli się w miejscu oddzielonym od posesji dużą kępą krzewów, podbiegło do nich czterech komandosów i powaliło na ziemię. Agenci usłyszeli zduszone przekleństwa, po czym jeden z mężczyzn wstał i zaczął szarpać stojącego przy nim OS-owca. Wyglądało to dość dziwacznie, ale wkrótce wszystko stało się jasne. Ronstein spojrzał przez lornetkę i zaśmiał się nerwowo.
-To Novis.
-A to skurwiel! - zaklął Jory Felse. - Natychmiast puszczaj chłopaków. Idę z nim pogadać.
Ruszył szybkim krokiem w kierunku kapitana. Obaj mogli poruszać się swobodnie, ponieważ w tym miejscu osłaniał ich wysoki, kilkumetrowy mur, pozostałość po zburzonej kamienicy.
Stanęli naprzeciw siebie. Felse dostrzegł Iwana Sawica, który z tyłu ocierał chustką rozbity lub może połamany nos. Novis w bardzo słabym świetle, które rzucała tu daleka latarnia, wydawał się wściekły do granic możliwości.
-Co wy tu, kurwa, robicie? - wyszeptał. - Jeśli znalazłeś Prowego i nie powiedziałeś mi o tym, jesteś skończony. Rozwalę ci własnoręcznie ten wielki łeb!
-Spokojnie - szeptał Felse. - Niech pan wraca do ciepłego łóżka i nie naraża się na przeziębienie. Za piętnaście minut będzie nasz.
-Na jakiej podstawie?! Do kurwy nędzy, kto dał wam nakaz?
-Mamy nakaz od śledczego. Brams jest podejrzany o terroryzm, a Prowe o współpracę z jego grupą. Mamy na to dowody. Mój informator potwierdził, że jest ukrywany w tym budynku.
Novis złapał się za głowę.
-Nie pozwolę na to! - prawie krzyknął. - Takiej bzdury jeszcze nie słyszałem, jak żyję. Chyba wam się w głowach popieprzyło od tego szpiclowania.
-Niech pan mówi ciszej, bo każę pana obezwładnić - Felse zacisnął pięści. - I nich się pan liczy ze słowami.
-Bo co?
-Bo oskarżę pana o utrudnianie śledztwa!
Novis zaśmiał się, a potem wyciągnął z kabury pistolet i schował go do kieszeni płaszcza. Felse miał wrażenie, że lufa jest wycelowana w jego żołądek.
-Idę z wami - powiedział kapitan.
-Jak pan chce - zasyczał Felse. - I tak wchodzimy na końcu.
178
Pierwsza grupa komandosów bez problemu sforsowała ogrodzenie. Po chwili brama uchyliła się bezszelestnie i następne postacie zniknęły w ciemnościach. Wszyscy zaopatrzeni byli w noktowizory i poruszali się w nocy jak sowy. Razem z trzecią grupą pobiegł Ronstein, wydający cicho rozkazy wszystkim oddziałom. Otoczyli dom szczelnym kordonem, kryjąc się za drzewami i wzniesieniami terenu. Jeden z żołnierzy nacisnął klamkę drzwi wejściowych i kolejno wchodzili do środka. Dwie inne grupy dostały się od strony garażu i kuchni.
Novis i Felse zatrzymali się przy bramie, osłaniani przez kilku funkcjonariuszy. Założyli przyniesione im słuchawki, z których dobiegały trzaski i pojedyncze komendy Ronsteina oraz dowódców grup.
-"Uwaga, zdjąć noktowizory... Włączyć latarki... Trzech na schody... Co to jest?... Krzesło? Nie krzesło. Sprawdźcie to... Dobrze... Szybciej, szybciej, do cholery... Lustra w głównym holu, po prawej... Nie strzelać... Jesteśmy w piwnicy... Drzwi zamknięte. Wysadzamy?... Zaczekaj, obstaw drzwi... Najpierw idziemy do góry..."
Pojedynczy strzał.
-"Co jest, kurwa?... Mówi Norbert, to kot... Nic się nie dzieje. Odwołać alarm... Pierwsza grupa wchodzi na górę..."
Agent Felse poprawił mikrofon, a Novis otarł pot ze skroni.
-Melduj, Harvey! - powiedział Felse.
Przez chwilę obaj słyszeli tylko trzaski.
-"Jesteśmy na końcu holu, zgodnie z rozpoznaniem... Wchodzimy do salonu. Ciągle nic... Nie ma rybek w akwarium... Mijam środek pokoju, wygasły kominek... Jesteśmy przy drzwiach do właściwego pomieszczenia..."
-Co to jest "właściwe pomieszczenie"? - zapytał Novis.
-Wchodźcie! - wydał rozkaz Felse.
-"Otwieramy drzwi... - głos Ronsteina był teraz bardzo cichy i napięty. - "Wchodzimy do środka... Otwarte okno... Wiatr szarpie zasłonę... Coś się bieli na łóżku. Podchodzimy... Sprawdź to, Limas... Odkrywamy kołdrę..."
Felse zacisnął pięści.
-"Jest!" - krzyknął Ronstein. - "Jest Prowe. Znaleźliśmy go!"
Felse puścił się biegiem w kierunku wejścia, świecąc na boki latarką i nie zważając na grożące mu niebezpieczeństwo. Biegł tak szybko, że wkrótce zniknął Novisowi z oczu. Kapitan skinął na zdezorientowanych policjantów i podążył za nim. Z tyłu pozostał Sawic, któremu odeszła ochota do dalszego marszu.
Novis wszedł po schodach, świecąc sobie pod nogi, by nie upaść. Wiedział, że jest to najgorszy dzień w jego życiu i żałował, że udało mu się go dożyć. Usłyszał łomot nóg, kiedy grupa żołnierzy zbiegała na dół po sprawdzeniu piętra i dachu.
Potem podłogą poruszył lekki wstrząs. To oddział trzeci sforsował drzwi od piwnicy.
-"Kotłownia i spiżarnia..." - meldował dowódca. - "Nic tu nie widać... Nie ma oznak życia."
Ze względów bezpieczeństwa nie zapalali światła. Smugi latarek ślizgały się po ścianach, podłodze i sprzętach, wymiatając mrok i za chwilę wpuszczając go z powrotem.
-Dziwny dom - powiedział jeden z policjantów.
-Już chyba po wszystkim - odetchnął ktoś z boku.
Novis przeszedł cały hol i, podążając za latarkami, znalazł się w salonie. Pokonał go, jak mógł najszybciej, i wszedł do małego pokoju, gdzie zgromadziło się już kilku mężczyzn. Lekarz, Felse i Ronstein pochylali się nad łóżkiem
-Zamknijcie to cholerne okno - krzyknął Ronstein.
Ktoś posłusznie zatrzasnął oba skrzydła.
-Moim zdaniem nie żyje od jakichś trzech godzin - stwierdził cicho lekarz i odsunął się na bok.
Novis z zaciśniętym gardłem zbliżył się do zmarłego i zaświecił mu w twarz. Prowe leżał na plecach ze spokojnym, skupionym wyrazem twarzy. Miał lekko rozchylone usta, jakby próbował oddychać. Nie wyglądało na to, by cierpiał. Trzeba było mieć chociaż tę nadzieję.
-To serce, doktorze? - zapytał Novis.
-Możliwe. Potrzebna będzie sekcja. Czasem po zabiegu chirurgicznym... - lekarz przerwał i zaczął szeroko ziewać ze zmęczenia.
Novis omiótł jeszcze raz latarką całą postać, a potem odwrócił się i wyszedł w milczeniu z pokoju. Ronstein kazał opuścić wszystkim pomieszczenie, aby niepotrzebnie nie zacierać śladów. Przy łóżku pozostał tylko Felse, który odłożył latarkę na stół i kiwał głową, próbując chyba coś zrozumieć. Wreszcie odwrócił się i spojrzał na mnie.
W jego oczach nie było już wściekłości, tylko smutek i niewyobrażalna zawziętość.
-To nie on - powiedział.
-Tak, to nie on - potwierdziłem.
-Jak mogłeś pozwolić mu uciec? Przecież był na wyciągnięcie ręki.
Wzruszyłem ramionami. To nie należało do mnie.
-Jest jak wędrowny ptak. Inteligentniejszy i bardziej przewidujący, niż sądzisz.
Zegar cykał głośno, niczym bomba. Przez chwilę staliśmy nieruchomo.
-Czas na mnie - stwierdził Felse i rzucił ostatnie spojrzenie na łóżko.
-Na mnie też - powiedziałem.
Właśnie minęła dziewiąta. Było za późno, żeby wszystko zrozumieć. Za wcześnie. <<powrót<< |
|
|