Marzenie o czarnej okładce
Niedawno udałem się do "Empiku", aby kupić najnowszy numer "Magazynu fantastycznego" - chciałem przeczytać opowiadanie Jacka Soboty "Druga przepowiednia", o którym pochlebnie wypowiadano się na Forum "GW". Odnalazłem ów magazyn i poczułem niesmak, patrząc na jego okładkę. Widniał na niej, przepraszam za wyrażenie, czerwony tyłek, który próbowały atakować jakieś lubieżne, zmutowane rośliny (przynajmniej tak to odebrałem). Po tym ciekawym doświadczeniu estetycznym podszedłem do lektury opowiadań zamieszczonych w "MF" z dużą rezerwą, która - na szczęście - nie przekreśliła wszystkich pozytywnych doznań. Ale niewiele brakowało, żebym w ogóle Magazynu nie kupił. I, muszę to podkreślić, wstydziłem się czytać to pismo w autobusie, bo taki ze mnie neurotyk, że nie potrafię się całkiem wyluzować; gdybym chciał się obnosić z czerwonymi tyłkami, kupiłbym gazetę "WAMP", gdzie wysmagana pejczem pani mogła oblać się rumieńcem w wiadomym miejscu.
Od razu zaczęło mnie korcić, by napisać słowo na temat roli okładki w percepcji literatury SF. Nie czułem się jednak wystarczająco kompetentny, bo po kilku latach nieużywania polonistycznej wiedzy pojęcia z teorii literatury mocno mi wywietrzały. Dlatego cieszę się niezmiernie, że Konrad Walewski, znawca przedmiotu, wypowiedział się tak precyzyjnie w ważnej dla mnie kwestii środków metatekstualnych, które stanowią spoiwo murów fantastycznego getta. Od razu zaznaczę, że w pełni zgadzam się z wyrażoną przez niego opinią, dlatego proszę nie spodziewać się w tym liście nuty polemicznej. Chciałbym dodać jednak kilka uwag - od siebie jako czytelnika oraz jako pisarza, który stawia pierwsze, chwiejne kroki na gruncie SF. Mam nadzieję, że uda mi się tutaj zwrócić uwagę na kilka ważnych szczegółów.
A więc, po pierwsze, literatura fantastyczna to ogromny kocioł, w którym gotują się setki, tysiące tekstów, nie mających ze sobą niczego wspólnego, oprócz owego "nierealistycznego pierwiastka". Jedne są sensacyjnymi strzelaninami, inne przygodowymi awanturami w kosmosie lub na rozległych mapach, jeszcze inne to najzwyklejsze w świecie "dreszczowce". Z drugiej strony mamy jednak psychologiczne portrety, zawierające na przykład studium szaleństwa, a także mistyczne objawienia, czy filozoficzne traktaty. Czy można ustalić jakiś wspólny styl wydawniczy dla tak różnorodnej twórczości? Oczywiście, nie. Mój postulat jest prosty: wydawcy, interesujcie się tym, co wydajecie!!! Jeśli książka opisuje krwiście, jak żołnierz kosmosu potraktował ufoluda laserem, niechaj widać to wyraźnie z każdej strony. Ale, na boga, zastanówcie się, co umieścić na okładce fantastyki religijnej, czy dystopii! Możemy, dla uproszczenia, przyjąć za Gombrowiczem, że sztuka w ogóle (w tym literatura, w tym - wreszcie - literatura fantastyczna) dzieli się na wysoką i niską. Pierwsza ma nieść w sobie głębsze treści i zaspokajać wszechstronnie potrzeby intelektualne i emocjonalne człowieka, druga zaś dostarcza potrzebnej nam wszystkim rozrywki, oddechu po nauce, czy zarabianiu pieniędzy na chleb. Science fiction nie jest jednolita i ktoś musi wreszcie to pojąć. Świadczy o tym choćby rozpiętość wiekowa jej czytelników i różnorodność środowisk, z jakich się wywodzą.
Druga sprawa, to zamieszanie związane z przynależnością (bądź nie) do grona mieszkańców getta. Philip Dick miał na tym punkcie kompleks przez całe dorosłe życie. Nawet w chwilach największej sławy, kiedy bywał na fantastycznych salonach, marzyło mu się, by sukces odniosły powieści głównonurtowe. Konrad Walewski wspomina też o wybiegu, jakiego użył Kurt Vonnegut, by ze wspomnianego getta się wyrwać. Powiem szczerze: nie dziwię im się; etykietowanie literatury, to koszmarna pomyłka. Czy pisarz, który napisze znakomitą, fantastyczną powieść lub opowiadanie, musi być koniecznie nazwany "wybitnym pisarzem-fantastą, którego wizja przyszłości." (itd., itp.)? Czy nie lepiej nazwać go mistrzem dialogów, wnikliwym obserwatorem życia, twórcą prawdziwych psychologicznie, wielowymiarowych postaci? Czy w stosunku do takiego pisarza wszystkie określenia używane powszechnie do "głównonurtowców" tracą sens? Mam wrażenie, że na poletku SF zapomina się często o formie, o wyrafinowaniu stylu, o podtekstach i kontekstach, a "cała para" idzie w porównywanie, który z pisarzy miał lepszy pomysł. Przecież to nie jest konkurs na najdziwniejszego mutanta, tylko sztuka, moi państwo. Jeśli coś może obrzydzić artyście jego dzieło, to fakt, że wszyscy patrzą na nie z jednej strony (i nawet je chwalą), a ono ma tych stron o wiele więcej - możliwe, że znacznie ciekawszych.
Po trzecie, wreszcie, aby mój wywód nie zabrzmiał całkiem kasandrycznie, i aby na końcu tunelu zapaliło się światełko, chcę zaznaczyć, że istnieją wydawnictwa, które radzą sobie nieźle z "syndromem fantastycznej okładki"- chociażby "Zysk i S-ka", którego seria "Kameleon", prezentująca literaturę współczesną, może służyć za wzór. Widziałem wydane w tej serii powieści należące do kanonu fantastyki (trylogia "Valisa" Dicka, "Neuromancer" Gibsona), jak i powieści głównonurtowe Whortona, czy Lodge'a. Wszystkie one mają okładki "skonstruowane" w ten sam sposób: widnieją na nich drobne przedmioty, znane z codziennego życia, sfotografowane abstrakcyjnie. Dla mnie jest to świetna estetyka - żadnych statków kosmicznych, żadnych potworów, czy wojowników. Nie muszę czuć się głupio, gdy czytam tak wydaną powieść, nie muszę udawać, że jest mi wszystko jedno, jak ona wygląda. Abstrakcja na okładkach ambitnej fantastyki to, moim zdaniem, właściwa droga, którą czas podążać, szanowni wydawcy!
U Konrada Walewskiego pojawia się na koniec pytanie: czy jeśli znikną te wszystkie okładkowe koszmary, a także informacja, że to "mistrz science fiction" lub "król fantasy" popełnił dane dzieło, czytelnik nie poczuje się zagubiony? Cóż. W przypadku literatury rozrywkowej wcale nie muszą one znikać, zaś utwory, których percepcja jest trudniejsza, winny być po prostu rzetelnie omawiane i prezentowane na łamach pism literackich, fantastyce poświęconych. A jeśli, o zgrozo, jakiś czytelnik się zagubi i przez pomyłkę przeczyta coś niefantastycznego, to tym lepiej. Na pewno na tym nie straci, bo nie samą fantastyką człowiek żyje!
Marzę czasami, że, gdy kiedyś uda mi się wydać fantastyczną powieść, będzie ona oprawiona w czarną, nic nie mówiącą okładkę z białym tytułem i nazwiskiem autora. I że się sprzeda, że to w zupełności wystarczy, bo czytelnicy będą świadomi, po co sięgają. Mam nadzieję, że tę czarną książkę znajdą zarówno na półce z literaturą współczesną, jak i na tej, gdzie buszują smoki i zielone stwory. Tak, to by było najlepsze.
<<powrót<<