Supermarket
I
Ktoś, chyba Norman, przechodząc korytarzem, rzucił w stronę uchylonych drzwi wesołe "cześć". Lisa zajrzała na chwilę i powiedziała:
-Do poniedziałku, Marc! Idź już do domu.
Kiwnął jej ręką, uśmiechnął się odruchowo i dalej uderzał w klawisze, żeby skończyć ten cholerny raport. Żeby mieć go wreszcie z głowy. Zbliżała się osiemnasta, więc musiał zwiększyć tempo. I tak piątkowy wieczór był już zmarnowany, zanosiło się jeszcze na dwie godziny pisania...
Westchnął tylko, wypił łyk zimnej herbaty i stukał miarowo, zerkając od czasu do czasu w postrzępione wykresy. O tej porze litery dokumentu zaczynały nabierać różowego odcienia i wędrować po ekranie. Spojrzał w górę, gdzie czarne, pokryte kroplami okno przypominało o deszczowej jesieni. Na chwilę przymknął oczy.
-Co robisz, Marc?
Gwałtownie odwrócił się na krześle. W drzwiach stał Moeller, dyrektor działu. Miał na sobie, jak zwykle, błękitną koszulę i krawat w kolorze wyplutej jajecznicy. Marc przełknął ślinę i podniósł się z krzesła.
-Kończę ten raport dotyczący struktury sprzedaży. Wydrukuję go za jakąś godzinę. Muszę jeszcze opisać dane z kolonii...
-Czyli, właściwie... jest już prawie gotowy?
-Można tak powiedzieć - Marc pokiwał głową. - Siedziałem nad tym pół nocy i dzisiaj od rana. Myślę, że będziesz zadowolony.
-Taaak - Moeller bawił się długopisem. Nie próbował nawet słuchać; zastanawiał się nad czymś i nie wychodził z pokoju. - Marc, mam do ciebie prośbę. Słyszałeś o tabelach, które Karsten przygotowuje dla zarządu?
Zapadła chwila milczenia. Marc poczuł, że jego plecy pokryła nieprzyjemna, lepka rosa, która zbiera się w małe strumyki i płynie grzecznie w stronę pośladków, w stronę środka ziemi.
-Coś słyszałem. Ale...
-Karsten musiał pilnie wyjechać - kontynuował spokojnie Moeller. - Z tego, co wiem, nie zdąży do poniedziałku. Materiały są na jego biurku. Muszę cię prosić, żebyś to dokończył. Chyba zrobił już sporo, więc, jak się postarasz, załatwisz wszystko w jeden dzień.
Marc nie reagował. Za plecami wyginał tandetny, przezroczysty długopis.
-To jest ważne. Chyba się rozumiemy?
-Jestem strasznie zmęczony, Tom. Powiedz mi, kiedy mam odpocząć? Czuję, że umrę, jeśli nie odpocznę.
-Nie przesadzaj - skrzywił się Moeller. - Wszyscy tutaj ciężko pracujemy. Jakbyś miał jakieś problemy, zadzwoń do mnie. Ten raport możesz na razie odłożyć, tabele są ważniejsze.
II
Połamany długopis leżał w śmietniku pod biurkiem Marca Tirpisa, pomiędzy papierowymi ręcznikami i skórkami jabłek. Stał się przypadkową ofiarą przemocy. Marc manewrował wolno wśród samochodów na podziemnym parkingu; jechał do domu, bo skoro miał przyjść tu następnego dnia, nie musiał zostawać po godzinach.
W piątek przed siódmą wieczorem ruch na ulicach Rammy był prawie tak duży jak w godzinach szczytu. Łatwo utykało się w korku i padającym deszczu. Wycieraczki zgarniały drobne kropelki, które padały akurat na tyle często, że wolny bieg nie dawał im rady, a na tyle rzadko, że średnia prędkość powodowała zgrzytanie o szybę. Komunikator wyrwał Marca ze śpiączki, w którą wpędzała go tłumiona wściekłość.
-Gdzie jesteś? - zapytała Nina. - Jedziesz już do domu?
-Tak, już jadę - uśmiechnął się ironicznie. - Kolber zwolnił mnie wcześniej.
-Naprawdę?
-Nie, kurwa - wrzasnął bez sensu, jakby jego żona była czemuś winna. - Muszę jechać jutro do roboty. Chyba się zrzygam do środka!!!
Jakiś czas jeszcze krzyczał, potem nagle uspokoił się i zawstydził. Mogła powiedzieć mu wreszcie, po co dzwoni.
-Jutro są imieniny matki. Jeśli możesz, kup jej po drodze jakiegoś kwiatka. Najlepiej w doniczce.
-Jakiego kwiatka? - wydawało mu się, że to dowcip. Nie wierzył własnym uszom.
-Może paprotkę...
-Czy ja będę przejeżdżał koło jakiejś zasranej kwiaciarni?!
Nina rozłączyła się bez słowa. Ciszę rozpraszało tylko mruczenie dmuchawy.
III
Na światłach przed rondem Olivii zakapturzona dziewczyna rozdawała kierowcom ulotki. Jej mokra, ortalionowa kurtka błyszczała w strumieniach reflektorów, a twarz skrywała się w cieniu. Marc opuścił szybę i wziął kolorową gazetkę supermarketu, który mijał w drodze do domu.
-Jeszcze upominek! - powiedziała dziewczyna i wyciągnęła do niego rękę, w której trzymała cukierki. - Sieć sklepów Gaste zaprasza na najlepsze promocje. Dzisiaj dzień odżywek Vacos. Życzymy udanych zakupów!
Wsunęła mu do dłoni cukierek, którego nie spotkał jeszcze w żadnym sklepie. W srebrnej folii tkwił mały, czarny trójkącik o zaokrąglonych rogach. Nazywał się "Essence" i w smaku przypominał trochę Wertersa, ale był gorzkawy, bardziej wytrawny. Nina nigdy nie chciała przyjmować słodyczy od roznosicieli ulotek, ponieważ, jej zdaniem, było to niehigieniczne.
Marc rozluźnił się trochę, obracając gładki trójkącik językiem. Dołączoną do ulotki kartę włożył w szczelinę czytnika. Mały ekran na środku konsoli zapłonął niebieskawym światłem i zaczął wyświetlać reklamę Gaste: Jesienna promocja artykułów biurowych, deseczka serów za jedyne pięć vianów i dziewięćdziesiąt centymów, przecena rowerów, które teraz można nabyć za niecałe sto vianów.
Wciskając jeden z kwadracików migających na dole ekranu, wybrał dział warzyw i roślin ozdobnych. W drugiej części prezentacji ekran przekazał mu radosną wiadomość, że wśród kwiatów doniczkowych dostępne są w bardzo atrakcyjnej cenie paprotki Howarda o liściach w lekko niebieskawym odcieniu.
Gdy tylko wydostał się z pełzającego korka, skierował samochód w stronę supermarketu i po chwili jechał już betonową uliczką podziemnego parkingu.
IV
Zaparkował z pewnym trudem, zamknął drzwi i szybkim krokiem przemierzył pełną przeciągów halę. Ruchomymi schodami wjechał na poziom galerii handlowej, gdzie zaczynał się kolorowy, ciepły świat. Mrugające napisy, muzyka wylewająca się z głośników ukrytych w suficie i ruchliwy tłum, sunący we wszystkich kierunkach ogłuszyły go na chwilę. Miał ochotę cofnąć się, uciec, ale pomyślał, że byłoby to głupie, skoro dotarł już tak daleko. Zresztą, gdyby nie subtelna słodycz w ustach, która pocieszała jego zmysły, może nie dałby rady. Może by zrezygnował...
Po chwili wahania wmieszał się w tłum i gwar przypadkowych rozmów. Ruszył w kierunku pochylni, które prowadziły na wyższe poziomy. Razem z wężem sklepowych wózków i ludzi wjechał na najwyższe piętro. Stanął przed obszernym wejściem do supermarketu i z przykrością stwierdził, że ruch w galerii był naprawdę niczym w porównaniu do ścisku pomiędzy gęsto ustawionymi półkami. Nie brał wózka, ani koszyka, bo nie zamierzał robić tu większych zakupów. Pozapinał tylko kieszenie w swojej kurtce i zanurzył się w sklepowy labirynt.
Bywał tu czasem z Niną i zawsze miał wrażenie, że klimatyzacja tłoczy odrobinę zbyt mało powietrza, by można było swobodnie oddychać. Teraz jednak nie zastanawiał się nad tym, tylko, klucząc pomiędzy półkami, starał się dotrzeć jak najszybciej do Zielonego Stoiska. Niektóre przejścia zastawiały wózki pchane przez klientów albo porzucone na chwilę, gdy ktoś tracił cierpliwość i szukał jakiejś rzeczy kilka metrów dalej. Ludzie ocierali się o siebie, skuleni, przygarbieni, schowani w chitynowych pancerzykach swoich ubrań. Nogi i ramiona potrącały kolorowe kartki z napisem "Tani produkt" lub "Promocja".
Tirpis obrócił w ustach trójkątny kształt i spojrzał na rozsypaną stertę kartonów z sokami, którą dwie sprzedawczynie usiłowały bezskutecznie doprowadzić do porządku. Obok stał zapłakany chłopiec, któremu ojciec - wysoki, potężny mężczyzna - mówił zduszonym głosem, że zobaczy w domu, jaka spotka go kara.
-Nie chciałem, tato - chlipało dziecko. - Potknąłem się.
-Ja ci, kurwa, dam, gówniarzu. Nauczę cię, żebyś uważał!
Facet uderzył chłopca w twarz.
Marc zacisnął pięści, zrobił krok w jego kierunku, a potem odwrócił się i z przymkniętymi oczami zaczął iść w przeciwną stronę. Za którąś półką natknął się niespodziewanie na kwiaty, których szukał, wziął pierwszy, jaki zobaczył i bezmyślnie ruszył dalej. Dopiero po chwili przystanął przy wielkim filarze, żeby zebrać myśli i opanować uparte, nękające go zawroty głowy. Wziął kilka wdechów, zaklął pod nosem i, jak mógł najspokojniej, rozejrzał się dookoła. Właśnie wtedy to zauważył.
V
Wytężając zaczerwienione od komputera oczy, zaczął przyglądać się cenom przyczepionym do ciemnych, metalowych listew. Nigdy wcześniej nie dostrzegł, że niektóre z nich różniły się odrobinę kolorem od pozostałych. Właściwie nie była to nawet różnica koloru. Część białych prostokątów z wydrukowanymi cenami fosforyzowała lekko mdławym, seledynowym światłem. Marc przetarł oczy, zamrugał powiekami, ale różnica stała się jeszcze bardziej wyraźna. Na chwilę zapomniał o zmęczeniu, o paprotce i bitym chłopcu, którego dopiero czekało najgorsze. Zapomniał nawet o Moellerze i jego ulubieńcu, Karstenie, którego tak bardzo nienawidził. Gdzieś zniknął lęk, dławiący go od początku świata i odbierający siłę.
Seledynowy blask na etykietkach działał hipnotycznie. Marc nie mógł oderwać wzroku od swojego odkrycia, zaczął uważnie rozglądać się na wszystkie strony. Przeszedł wzdłuż kilku półek, potem wrócił. Pokonał tę samą drogę jeszcze dwa razy. Wprawnym okiem ocenił, że mniej więcej co dziesiąty towar oznaczony był w taki sposób. Prawie w każdej grupie znajdowały się produkty z fosforyzującą ceną. Ale nie mógł znaleźć tu żadnej zasady, bo niektóre z nich były drogie, inne tanie i marnej jakości, jedne znajdowały się wysoko, inne nisko. Niektóre objęte były promocją, ale zdecydowana większość - nie.
Postanowił więc, że przespaceruje się po sklepie i pod pozorem wybierania jakichś rzeczy przyjrzy się ludziom robiącym zakupy. Kilka minut wystarczyło, by zrozumiał, że to, co zauważył, nie było dziełem przypadku. Cztery osoby na pięć wybierały oznaczone światłem produkty.
-Spójrz jakie tanie! - powiedziała kobieta w futrze do swojego męża, biorąc z półki wino z błyszczącą ceną.
-Wszędzie szukałem takiej koszuli.
-Kupmy tę fasolkę, podobno jest dobra.
-Mamo, ja chcę te klocki!
Ludzie mijali obojętnie promocje oznaczone krzykliwymi napisami, ignorowali automatycznych sprzedawców, nagabujących ich co kilka kroków i sięgali ciągle po te same, wydzielone rzeczy. Tirpis stwierdził, że zwykle oznaczony był jeden smak soku, spośród kilku innych tej samej marki albo, na przykład, jakiś kolor spodni, czy bluzek.
Długo chodził po sklepie, głowiąc się nad tym, co zobaczył, aż dotarł znowu do półek z kwiatami. Wcześniej nie był tego świadomy, więc dopiero teraz przyjrzał się cenie swojej paprotki i z niepokojem stwierdził, że należała ona do t y c h produktów. Popatrzył na kwiatek podejrzliwie, dotknął jego liści, obejrzał dookoła doniczkę, ale nie zauważył niczego szczególnego. Później wziął do ręki inny egzemplarz z głębi półki, ale była to także zwyczajna, trochę zmarnowana roślina w suchej ziemi.
Dopiero, kiedy odstawiał ją na miejsce, wyczuł spodem dłoni, że metalowa półka jest w tym miejscu jakby trochę cieplejsza i pokryta ledwie widocznym pyłem. Trzymał się on powierzchni i nie przywierał ani do doniczek, ani do ciała Tirpisa. Wszystkie półki dookoła były zimne i czyste, jeśli nie liczyć okruchów ziemi, która wypadła z doniczek.
VI
Marc poczuł, że po jego ciele zaczynają pełzać nieprzyjemne dreszcze. Był pewny, że gdzie indziej zobaczy to samo i nie pomylił się. Wszędzie tam, gdzie wisiały błyszczące ceny, znajdował delikatny, ciepły pył na sklepowych ladach. Zastanawiał się przez moment, czy odstawić paprotkę na miejsce, ale jakoś nie mógł tego zrobić. Wydawało mu się to zbyt absurdalne i trudne do wytłumaczenia - zwłaszcza Ninie. Poza tym obejrzy uważnie tę cholerną paproć po powrocie do domu...
Otrząsnął się z tych rozmyślań i zapragnął wyjść jak najszybciej ze sklepu. Ktoś przecież mógł zauważyć jego dziwne zachowanie. Ruszył w kierunku kas i wtedy stały się dwie rzeczy, które sprawiły, że naprawdę zaczął się bać.
Pierwszą z nich była promocja Vacos, na którą natknął się w połowie drogi. Zobaczył wyraźnie, że w tym przypadku nie tylko plakietki, ale także opakowania wysokobiałkowych odżywek żarzą się seledynowo. Klienci rozchwytywali je tak szybko, że obsługa ledwie nadążała z przynoszeniem kolejnych partii.
Drugą rzeczą był głos, który wyłowił ze sklepowego hałasu. Głos, który na początku wydawał się częścią jakiegoś przeboju, nadawanego przez sklepową rozgłośnię, potężniał z każdą chwilą i zamieniał się w krzyk; wypowiadał wolno słowa w dziwnym, niezrozumiałym dla Marca języku. Była to monotonna litania, w której powtarzał się wyraz GADRAM.
-Słyszy pan ten głos? - zapytał przechodzącego obok człowieka.
-O co panu chodzi?!
Marc przyspieszył, niemal zaczął biec. Gdy przeciskał się obok zastawiającej przejście, kilkuosobowej rodziny, dostrzegł kątem oka ruch pod sufitem. To sunąca po metalowej szynie kamera śledziła jego kroki. Spocony dotarł do kas, z idiotyczną paprotką w ręku, którą już dawno powinien wyrzucić. Przez chwilę miał nadzieję, że stanie w którejś kolejce, zapłaci za swoje zakupy i spokojnie odejdzie z tego miejsca, ale szybko zorientował się, że został zdemaskowany.
Wszystkie przejścia zablokowali pracownicy ochrony, którzy porozumiewali się przez niewielkie komunikatory. Dwie grupki ochroniarzy i kilku sprzedawców wyraźnie zmierzało w jego kierunku. Przycisnął doniczkę do piersi i zaczął uciekać jak zwierzę, na oślep, w głąb sklepu. Pędził pomiędzy półkami, potrącał ludzi, zrzucał wystające produkty. Przewrócił jakiś wózek. Wiedział, że go okrążają i że w starciu z nimi nie ma żadnych szans. Czuł potworną suchość w ustach. Pewnie dlatego cukierek, który przykleił się do podniebienia, przywarł tak mocno i nie rozpuścił się całkiem do tej pory.
Jedyny pomysł, który przyszedł Marcowi do głowy, to dostać się na zaplecze i tamtędy uciec ze sklepu. Ryzykując upadkiem, przeskoczył nad postawioną przez sprzedawcę skrzynką z jabłkami; usłyszał, jak doganiający go pracownik ochrony wali się ciężko na podłogę i wyje z bólu. Dobiegł do drzwi w pokrytej kafelkami ścianie, na których widniał napis "Tylko dla personelu" i nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły, więc pognał przed siebie wąskim korytarzem, który był za nimi. Dotarł do rozwidlenia, skręcił w lewo, potem zbiegł kilka schodków w dół, z nadzieją, że prowadzą one na podziemny parking. Znalazł się jednak niespodziewanie przed srebrnymi drzwiami windy. Drzwi otworzyły się, więc wpadł do środka i nacisnął jedyny przycisk, który znajdował się na konsolecie. Tupot nóg ścigających go ludzi wkrótce zamilkł, bo winda zamknęła się i z szumem zjechała w dół. Trząsł się cały i czuł, że zaraz zwymiotuje, gdy zaczęła zwalniać a drzwi rozsunęły się.
VII
Stanął w oślepiającym świetle lamp, na progu niewyobrażalnie długiej jaskini. Jej podłogę porastała zielonkawo-szara skóra, pokryta jaśniejszymi pęcherzami. Co jakiś czas wstrząsały nią krótkie skurcze. Koniec tego pola niknął gdzieś, za podziemnym horyzontem, a na całej przestrzeni unosiły się małe platformy, na których poruszały się automaty. Szukały czegoś w pofałdowanej błonie i wbijały w nią cienkie sądy. Przez przezroczyste rurki płynęła biała ciecz, którą maszyny przewoziły potem do ogromnych kadzi, stojących niedaleko wejścia. W jaskini trwała nieprzerwana, cicha praca. Tirpis zobaczył jeszcze, jak pod szklany pojemnik podjeżdża wózek z odżywkami Vacos, i jak spada na niego deszcz białawych kropel.
Był sztywny. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa i nie miały zamiaru pomagać w ucieczce. Marc z największym trudem zrobił dwa kroki do tyłu i nacisnął przycisk, ale winda nawet nie drgnęła, drzwi pozostały otwarte. Z głębi jaskini z bardzo dużą prędkością podpłynęła platforma, na której znajdował się strażnik. Miał na sobie czarny mundur ochrony i gogle, które chroniły go przed białym światłem. Podszedł do windy i wyciągnął z kabury pistolet.
Marc chciał coś powiedzieć, coś zrobić, ale tylko wyciągnął przed siebie ręce. Upuścił trzymany kurczowo kwiat, a doniczka, uderzając o betonową płytę, rozprysła się razem z ziemią. Strażnik strzelił bez ostrzeżenia i potworny ból powalił Marca na podłogę
Czuł, jak przez rozerwaną klatkę piersiową ucieka z niego oddech. Powieki robiły się coraz bardziej obce. Opadały w dół i nic nie można było na to poradzić. Dostrzegł jeszcze, jak z rozsypanej ziemi wydostają się setki bladych, ruchliwych robaczków, które wiją się i pełzną we wszystkich kierunkach. Jak to dobrze, że nie wziąłem ich do domu - pomyślał, umierając.
VIII
Strażnik schował broń do kabury i zbliżył się wolno do zastrzelonego mężczyzny. Poruszył zakrwawione ciało stopą i ze zdziwieniem zauważył, że z uchylonych ust wysunął się jakiś ciemny kształt. Czarny trójkącik, który błyszczał coraz intensywniej w świetle lamp. Przemycony podstępnie cukierek.
Strażnik nachylił się i poderwał gwałtownie do góry. Jeszcze przed chwilą żywotne, idące na podbój świata robaczki tkwiły nieruchomo wokół rozbitej doniczki, tworząc martwą aureolę. Cofając się instynktownie, wyciągnął nadajnik i zaczął krzyczeć przerażonym, chrapliwym głosem:
-Uwaga, zostaliśmy zaatakowani! Powtarzam, zostaliśmy zaatakowani! Przyślijcie posiłki...
Kiedy to mówił, jego mundur i brzeg szaro-zielonkawej błony zaczynał już trawić zimny ogień.
<<powrót<<